wtorek, 30 lipca 2013

poniedziałek, 29 lipca 2013

Tygodniowe zakupy

U Was działa system tygodniowych zakupów ?

U nas zależy od tygodnia. Zawsze w weekend są robione zakup na rynku gdzie kupujemy świeże owoce i warzywa. Czy na tydzień raczej nie. Bo wolimy świeże niż zleżałe, tak więc w tygodniu zapasy uzupełniamy, a co do marketowych zakupów. U nas działają one zawsze na początku miesiąca, zaraz po wypłacie stworzona jest lista zakupów tego co się skończyło w domu. Taka lista tworzona jest w trakcie, to co się skończy, dopisujemy na listę zakupów, która wisi na lodówce, tak by nic nam nie umknęło. Potem biegiem do marketu, wkładamy kolejne produkty do koszyka, wykreślając z listy. System ten bardziej działa w chłodne dni, bo kiedy na dworze upał, zakupy odpuszczamy i kupujemy na bieżąco w osiedlowym sklepiku, u Pani Kingi.

A jak to działa na świecie, co kupują, ile kupują. Ano zapraszam do galerii gdzie fotograf Peter Menzel rozpoczął tę intrygującą serię jednego tygodnia spożywczych zakupów z całego świata, przy tradycyjnej fotografii żywności na znacznie większą skalę.

Meksyk

Wielka Brytania

USA

Australia


 Niemcy

Włochy

Kanada

Francja



Japonia

Chiny

Polska

Kuwejt

Mongolia

Turcja

Mali

Indie

Bhutan

Chad

Ekwador

Gwatemala

 Szczypta o Mnie

piątek, 26 lipca 2013

Paszportowy zawrót głowy

W ostatecznym rozrachunku wakacyjnego szaleństwa wybraliśmy Czarnogórę. Struktura wyjazdu podobna do ub rocznego wyjazdu do Bułgarii. Dojazd własnym autem, pojechanie w ciemno, szukanie kwater na miejscu. I tak dziś podnoszę słuchawkę wykręcam nr do Urzędu Paszportowego z pytaniem, czy paszporty wyrobione dla dzieci w ub roku mają przedłużony termin ważności do 5 lat zgodnie z nową ustawą, a nie jak było wcześniej na rok. Podaję PESEL Luli i słyszę paszport nie ważny, ważność upłynęła w lipcu blablabla jakaś tam data. Ważny na 5 lat będzie teraz nowy wyrobiony paszport, czas oczekiwania proszę po 2 tyg dzwonić, może już będzie, ale nie obiecujemy. I tak tel do męża, umówiliśmy się dziś w Wydziale Paszportowym o 15 by dziś złożyć wniosek z nadzieją, że przed urlopem odbiór będzie. Urlop zaplanowany od 19.08, więc szanse są duże w końcu 3 tyg. Na zdjęcie Luli poszła w towarzystwie dziadka, z początku płakała, ale odpowiednia zabawka zdziałała cuda. Przed chwilą telefon od męża, że zdjęcia odebrał, ale nie jest z nich zadowolony, Luli potargana, oczy gdzieś patrzą w górę, buzia lekko otwarta, więc nie wiadomo czy nam je przyjmą do wniosku, jeśli nie nie omieszkam ich oddać i zażądać zwrotu gotówki, w końcu ktoś kto zajmuje się tym profesjonalnie i bierze za to pieniądze powinien znać się na swojej robocie czy nie. Zobaczymy dziś o 15.

Bardzo Was mocno proszę zaciskajcie mocno kciuki byśmy dostali paszport Lulinki przed urlopem i pojechali na nasze Czarnogórskie wakacje.


A tym czasem życzę Wam udanego piątku i całego weekendu. U nas i jak chyba w całej Polsce zapowiadają afrykańskie upały, więc korzystając z pogody weekend spędzamy na łonie natury, na działce :)))

Szczypta o Mnie

środa, 24 lipca 2013

Szczepić czy nie szczepić

Oto jest pytanie ?

Ja wybrałam tą drogę szczepienia mojego dziecka. Czy dokonałam dobrego, słusznego wyboru, na tamten moment tak. Dziś z perspektywy czasu decyzję bym dogłębniej przemyślała, przeanalizowała i być może dokonałabym innego wyboru (bardziej jestem na dziś na nie). Na pewno będę bardziej i wnikliwiej przyglądać się tematowi przy drugim dziecku. A co wpłynęło na moją decyzję ?
Dzisiejszy komunikat w mediach o wycofaniu dwóch szczepionek, którymi były szczepione dzieci w okresie od XI.2012 do 15.VII.2013 roku. Słyszałyście już ?  Zaraz jak wrócę do domu z pracy muszę przewertować książeczkę ze szczepieniami Luli.

"Informacja dotycząca wycofanych szczepionek: W dniu 18 lipca 2013r Główny Inspektorat Farmaceutyczny wycofał w trybie pilnym dwie serie szczepionek:

Euvax B, szczepionkę przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B – numer serii UFA 12001
Tripacel, szczepionka przeciwko błonicy, tężcowi, krztuścowi - numer serii C4007 AK

W/w szczepionki były podawane dzieciom co najmniej od 09.2012 r.
Szczepionki wycofane zostały z obrotu na terenie całego kraju ze względu na nie spełnienie wymagań i niehomogenność. Niehomogenność oznacza niejednorodność, mogło to np. wynikać z nieprzestrzegania zasad zachowania ciągu chłodniczego podczas przechowywania lub transportu albo obecności zanieczyszczeń w szczepionce.

W związku z wycofaniem w/w dwóch serii szczepionek, ze Stowarzyszeniem skontaktowało się kilkadziesiąt osób, których dzieci były szczepione tymi seriami Euvax B i Tripacel od 11.2012 r. Znaczna część z nich zaobserwowała u swoich dzieci poważne problemy zdrowotne /często zapalenia oskrzeli, problemy skórne, problemy jelitowe a także objawy ze strony układu nerwowego - drżenie kończyn, obniżenie napięcia mięśniowego oraz bezdechy, tachykardię. "

Po więcej szczegółowych informacji odsyłam na profil STOP NOP na fb, gdzie znajdziecie wiele ciekawych artykułów na temat wpływu szczepionek na nasze dzieci, skład szczepionek i wszystko co ze szczepionkami nie dobrego związanego:
https://www.facebook.com/stowarzyszeniestopnop?fref=ts 

Na koniec mojego dzisiejszego wywodu wspomnę tylko o dziwnym fakcie, obowiązkowego zaszczepienia się powtórnie na dokładnie te same szczepionki co szczepieni byliśmy jako dzieci, w momencie wyjazdu do USA. Nie wydaje się Wam to dziwne ? Po co dwa razy aplikować to samo nie do końca obojętne dla naszego organizmu "świństwo", nie zastanawia Was to mnie bardzo i pewnie z tego powodu do USA nie polecę. Bo nie będę dwa razy się szczepić.
A szczepionki skojarzone gorsze czy lepsze. My wybraliśmy zwykłe nie skojarzone szczepionki jakoś bardziej im ufałam, gdyż są to szczepionki te same, znane od lat, którymi szczepiona byłam ja, a nie jakieś nowe twory farmacji. A jak u Was ? ? ?



Szczypta o Mnie

poniedziałek, 22 lipca 2013

Najbardziej wyczekiwany poród roku 2013

Ponoć się rozpoczął. Setki dziennikarzy (tych jeszcze jestem w stanie zrozumieć, w końcu to ich praca), ale Ci zwykli, szarzy obywatele tego już nie pojmuję. I wszystkie media na około nawołujące o porodzie roku 2013 ( dla mnie z pewnością nie będzie to poród roku, do takich mogę zaliczyć poród 16.07 drugiego dziecka mojej przyjaciółki małego Tytusa). I wierny lud wyczekujący informacji czy to już, czy pojawił się potomek królewskiego rodu, czy chłopiec, czy dziewczynka, media szaleją, ba cała Wielka Brytania szaleje, zakłady bukmacherskie pękają w szwach obstawiać można wszystko płeć, datę narodzin, imię dla nienarodzonego dziecka. Biznes pamiątkowy się kręci, tandetne pamiątki w postaci nocnika, śpioszków, kaftaników, kubków został wyceniony prawie na 1,2 mld zł.

W sumie to trudno mi pojąć tą dziką, nieopisaną fascynację . Bo jak można się ekscytować do takiego stopnia narodzinami dziecka. Ja doskonale rozumiem, że to przyszły król, bądź królowa, ale za nim obejmie tron wiele czasu upłynie, do kolejki stoi jeszcze dwóch kandydatów, ba część z Brytyjczyków, którzy tak oczekują na narodziny nie dożyje faktu, kiedy nowy potomek obejmie królewską władzę.
A z drugiej strony chyba trochę im zazdroszczę, że jako naród potrafią się tak zjednoczyć, pod czas gdy u nas trwają ciągłe polityczne przepychanki.

Tak więc trwamy w dalszym oczekiwaniu ( ja nie do końca, a WY? ) 

Szczypta o Mnie

czwartek, 18 lipca 2013

Wertowanie, buszowanie

Zaczęło się wertowanie, buszowanie, przeglądanie, porównywanie, liczenie, a czego ofert wakacyjnych. Urlop mamy zaplanowany od 15.08 do końca sierpnia. Chcielibyśmy gdzieś wyjechać, ale jedyną opcję jaką bierzemy jest zagranica. Nie lubię spędzać urlopu letniego w PL tyle razy zawiodłam się na pogodzie nad morzem co skończyło się siedzeniem w pokoju, albo w knajpie. Może taki urlop był ok jak miało się naście lat i było się bez dziecka. A teraz kiedy jest Luli nie zamierzam spędzać ze względu na nie pogodę czasu w pokoju bo to mam w domu. A z pogoda tego lata bywa różnie. Więc szukam, wertuje przeglądam oferty wakacyjne. Są dwie opcje jedna zakup biletów i znalezienie miejscówki na miejscu na własną rękę, co jest tańsze. I druga opcja znalezienie last minute. Kraje jakie bierzemy pod uwagę, to te, w których nas nie było jeszcze więc Hiszpania, Czarnogóra, Malta, Maroko, Turcja, jakieś greckie wyspy, Gruzja. Gruzja najbardziej mi się marzy, ale bilety są strasznie drogie. Moja przyjaciółka poleciała na tydzień do Gruzji, ale oni trafili dość tanie bilety w dwie strony za dwie osoby 1 600 zł, a teraz jak przegląda to cena po 4 000. Kwatera na miejscu za 40 zł, zobaczymy jakie wrażenia jak przyjadą. Marzy mi się jeszcze Czarnogóra i w sumie można coś nie drogo znaleźć autokarem, w sumie w ub roku jazdę autem Luli wytrzymała do Bułgarii, to i w autokarze dałaby radę, było by lepiej jak w aucie. I taki to oto mam dylemat ostatnimi czasy. Mam nadzieję, że coś w końcu się uda znaleźć na ostatnia chwilę, jeśli nie zostaniemy w PL pojedziemy na wieś, na działkę, w góry i też będzie git.


A Wy jakie plany wakacyjne ?

Szczypta o Mnie

środa, 17 lipca 2013

Wózek dla lali

Pochwalę się Wam cudownym zaległym prezentem, który Luli otrzymała na swoje 2 urodzinki od prababci. Zaległy bo czekaliśmy na niego ok miesiąca, ponieważ strasznie się na niego napaliłam jak po fakcie się okazało Luli też :) Miał być wózek, bo Luli wózek już dla lalek miała, ale kiczowatą spacerówkę, którą gdzieś o coś stuknęła i się połamała, a dwa strasznie wózki lubi gdzie nie pójdziemy i jest wózek zaraz za niego się łapie. Teraz padło, że wózek musi być solidnej konstrukcji, a że drewno jest takim materiałem wybór dokonany. Niestety kiedy otworzyłam allegro i ujrzałam ceny wózków za 200 zł struchlałam. Na szczęście wystukałam w klawiaturę nr telefonu i zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, która pracuje w firmie z zabawkami i zapytałam o nasz wózek. Wózek jest, za połowę ceny magiczną 100, ale dostępny za miesiąc, więc logiczne, że poczekamy.

I doczekaliśmy się. Luli nie mogła się już doczekać kiedy tatko skręcał wózek. Maszerowała wokół taty, popiskiwała, przystawiała krzesełko, na które właziła by móc tacie pomóc, a raczej poprzeszkadzać, wtykała swój malutki, ciekawski nosek i ciągle miauczała. W końcu się doczekała (trwało to trochę tatko miał małe problemy ze skręceniem ).

Do wózka zaraz pomaszerowała lala i tak zaczęło się powożenie lali w wózku. Z wózkiem się nie roztaje, wszędzie gdzie idziemy na spacer, do babci, do sklepu, na działkę...wózek jest ciągnięty do drzwi wyjściowych i musi jechać z nami nie ma innej opcji. Pierwszego dnia kiedy dostała wózek chciała z nim spać :)

No ale spójrzcie same czyż on nie jest piękny :)

Sama żałuję, że nie ma takich modeli dostępnych dla dzieci, pewnie bym kupiła.

P.S.  Jeśli, któraś jest z Was zainteresowana tańszymi zabawkami proszę o kontakt.

Luli zasnęła więc ja mykam dokańczać moją tartę agrestową :)

Szczypta o Mnie

wtorek, 16 lipca 2013

do 30 nie doczekaliśmy

Do 30 czerwca nie doczekaliśmy, 8 dni przed 22 czerwca wszystko się zaczęło, niespodziewanie, zaskoczyło nas podczas snu o 2:38 odeszły mi wody, chlusnęło na łóżko, obudziłam krzykiem męża, że wody mi odeszły, zerwał się jak poparzony, zapalił światło i stwierdził, że wody są przezroczyste nie zielone i chyba czop śluzowy tez mi wypadł :) W trymiga zszedł na dół przyniósł mi ręcznik  i z ręcznikiem między nogami zaczęłam schodzić na dół, usiadłam na krześle w kuchni i ja z jasnym umysłem wysłałam męża by poszedł na parking po samochód. Wybiegł jak wystrzelony z procy, a ja siedząc myślałam czy wszystko mam spakowane. Mąż przyszedł w tempie ekspresowym, ja ubrałam sukienkę i z ręcznikiem między nogami wymaszerowałam do auta. W aucie nastąpiło drugie chluśnięcie wód. Do szpitala dojechaliśmy błyskawicznie taka pora więc nie ma co się dziwić. Pod szpitalem chwilę czekaliśmy aż zostaną nam otworzone główne drzwi, a potem trochę zeszło za nim zszedł na IP lekarz i pielęgniarka, byli zaspani. Na IP przebrałam się w piżamę, został mi wsadzony welflon, który zaspana pielęgniarka nie umieściła go prawidłowo cała ręka mnie bolała, mimo, że jej tłumaczyłam, że mnie boli ona twardo twierdziła, że chwilowo musi tak być. Lekarz wypisał kartę, zbadał rozwarcie 2 cm i zostałam zaprowadzona na porodówkę. Na porodówce byłam jedyna łóżko dostałam zaraz przy drzwiach, pielęgniarka tu urzędująca męża odesłała z kwitkiem do domu, bo nie ma co tu sterczeć bo trochę czasu jeszcze upłynie. Ja zostałam sama próbowałam zasnąć, ale emocje był tak silne, że mimo zmęczenia oka nie zmrużyłam. Kiedy przyszła ranna zmiana zostałam podłączona pod ktg, po ktg poszłam wziąć prysznic i czekałam na rozwój wypadków. Niestety nic się nie posuwało na przód. Akcja stała w miejscu, skurcze minimalne, brzuch pobolewał jak na @. W międzyczasie zapytano mnie czy chcę mieć lewatywę, byłam na tak, kto miał ten wie. Ok 10 przyjechał mąż mimo, że nie dzwoniłam do niego, ale nie mógł wysiedzieć w domu, w drodze na porodówkę spotkał położną, z którą mieliśmy przyjemność rozmawiać podczas zwiedzania porodówki i ona poinformowała mnie, że żona będzie mieć kroplówkę. Kiedy tą radosną nowinę przekazywał mi mąż ja jeszcze o niczym nie wiedziałam. I racja chwile później ok 11 zostałam podłączona pod kroplówkę z oksytocyną. Kroplówka schodziła pomału, skurcze z godziny na godzinę przybierać zaczęły na sile. Ok godziny 13 zwróciłam się do męża by poszedł po znieczulenie. Podreptał jednak znieczulenia nie otrzymałam, ponieważ by cofnęło akcję porodu i mogło by zaszkodzić dziecku, bo rozwarcie równe było 8 cm, dostałam jedynie czopki przeciwbólowe, które nie za dużo pomogły. Podczas całego porodu starałam się jak najmniej leżeć, a jak najwięcej być aktywna. Spacerowałam po korytarzu, podczas skurczów oddychałam tak jak uczyliśmy się w szkole rodzenia, nie krzyczałam by nie tracić siły. Nie zapomnę momentu kiedy spacerowałam korytarzem z kroplówką i plamiłam kropkami korytarz na co mój mąż przestań chodzić brudzisz korytarz, jak się uniosłam to aż dziwie się, że znalazłam siłę i powiedziałam, że posprzątają w końcu rodzę, więc chyba to jest normalne. Kolejna akcja kiedy wykrzyczałam na męża to kiedy po raz setny z rzędu proponował mi wodę do picia wiem, wiem, że w dobrej wierze, ale tak strasznie mnie to wkurzało, ciągłe pytanie, a może chcesz wody. I tak ostatnią godzinę porodu spędziłam siedząc na toalecie tam było mi najlepiej i najwygodniej. Z toalety w towarzystwie położnej przeszłam na fotel z wielkim trudem się tam wdrapałam i zaczęłam zgodnie ze wskazówkami położnych współpracować i przeć kiedy trzeba było. I tak z 3 -5 parć i punktualnie o 15 usłyszeliśmy płacz naszego dziecka, płacz naszej córci. Nie opisana byłą nasza radość kiedy usłyszeliśmy, że mamy córkę w głębi duszy tak bardzo we dwoje pragnęliśmy córeczki i właśnie nasze marzenie się spełniło. Córcie położono mi na brzuszku i leżałyśmy tak szczęśliwe. Mąż był ze mną, trzymał mocno za rękę, dopingował i był wielkim oparciem, nieocenionym. Potem córcie wzięli na ważenie, mierzenie, etc, a ja miałam tą przyjemną część rodzenie łożyska i zszywanie, byłam nacinana. Córcia ważyła 3 250 gr mierzyła 58 cm i otrzymała 10 pkt. Położne dwa razy ją ważyły i mierzyły bo nie chciało im się wierzyć, że tak długie dziecko tak mało waży, zazwyczaj takie długie dzieci ważą ok 4 kg. Potem nastąpiło 2 godzinne leżenie, pierwsze karmienie i napajanie się chwilą. Po 2 godzinach zostałam przewieziona na salę poporodową z innymi mami i dziećmi, u nas na sali była same babki :) Tatuś odprowadził nas do drzwi, na salę mu nie wolno było wejść. I z perspektywy czasu uważam to za dobre rozwiązanie kobiety mogły swobodnie leżeć, nie czuły się skrempowane obecnością obcych ludzi, odwiedziny były na korytarzu na krzesełku, a dzidziusie zostawały na sali w łóżeczkach. Były bardzo przestrzegane te zasady ze względu na zachowanie najwyższych norm. Opieka w szpitalu oceniam na najwyższym poziomie, położne pomagały, doradzały podczas przewijania, karmienia, obchód lekarz był dwa razy dziennie zarówno pediatryczny jak i ginekologiczny. I tak po 3 dniach pobytu w szpitalu wyszłyśmy do domu.

Szczypta o Mnie

poniedziałek, 15 lipca 2013

wspomnki ciążowe

Ostatnio coraz częściej czytam na blogach o nowych ciążach, o wspominkach ciążowych już mam dzieciatych, więc i ja postanowiłam cofnąć się do wspomnień kiedy to ja byłam z brzuszkiem, mimo, że od tego czasu upłynęło już ponad 2 lata.
Zobaczymy jak wyjdzie mi w praniu czy ogarnę ten temat w jednej notce czy będzie ich kilka ?

Zacznę od samego początku. W związek małżeński wstąpiłam w czerwcu 2009 roku i pamiętam, że miałam w tym czasie zaraz po ślubie straszne parcie na dziecko. Mój mąż parcia tego nie odczuwał, więc decyzja o dziecku została mimo mojego wielkiego smutku odłożona w czasie, bo w końcu ma to być decyzja obopólna. I tak decyzja przesunęła nam się o rok w czasie. Po powrocie ze słonecznego Cypru  w 2010 roku zakasaliśmy rękawy i do pracy :) Udało nam się nad wyraz szybko bo za pierwszym razem. I tak w październiku pamiętam jak dziś. Czułam się grypowo, wszystkie mięśnie mnie bolały, miałam stan podgorączkowy więc mówię, że choróbsko gwarantowane, mimo kolejnych dni grypa na horyzoncie się nie pojawiła. W rozmowie z moją przyjaciółką pamiętam jak jej opowiadałam o swoim złym samopoczuciu, ona wypaliła, że może jestem w ciąży i wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ma rację. Nadszedł weekend, pamiętam szliśmy do mojej przyjaciółki na imprezę, gdzie były %, @ jeszcze mi się nie spóźniał, ale mimo wszystko postanowiłam zrobić test by wiedzieć czy spożywać % czy nie. Mąż pobiegł do apteki, tuż przed wyjściem poszłam zrobiłam co trzeba było zrobić i po kilku minutach ujrzałam dwie czerwone, wyraźne kreseczki, podreptałam pokazałam mężowi, a on z niedowierzaniem, że chyba test popsuty i że trzeba zrobić kolejny. Kolejny wyszedł tak samo, tak więc z radością mnie wyściskał, wycałował i poszliśmy na imprezę. Moja przyjaciółka i jej mąż byli pierwszymi osobami, które dowiedziały się o moim błogosławionym stanie. Z decyzją o poinformowaniu rodziny mieliśmy czekać do końca I trymestru, ale nie wytrzymaliśmy i w listopadzie w 2 mc poinformowaliśmy o fakcie rodzinę. I tak zaczął się mój 9 mc stan oczekiwania.
Ciąża przebiegała mi fantastycznie nie miałam okazji doświadczyć mdłości, jedynie miałam wilczy apetyt, jadłabym non stop, kiedy waga szła w szybkim tempie w górę ( w sumie podczas całej ciąży przytyłam 18 kg ), przystopowałam i dla zabicia głodu jadłam surową marchewkę.
Pamiętam naszą pierwszą wizytę, na której mieliśmy podglądać maleństwo. Pierwszą gafę jaką ze stresu zrobiłam to położyłam się w gabinecie na leżance z odsłoniętym brzuchem, w oczekiwaniu na USG lekarz do mnie, że nie to za wcześnie na USG przez brzuch, ja ze zdziwioną miną to jakie będzie to USG i wtedy mina lekarza mi odpowiedziała jakie. Mąż był razem ze mną trzymał za rękę i z niecierpliwością wypatrywaliśmy na ekranie naszego brzdąca, a tu myk taki, że lekarz jeździł w każdą stronę i z niedowierzaniem stwierdza, że nic nie widzi, pyta kiedy ostatni @ i nagle, gdzieś strasznie nisko ukazał mu się widok dzidziola, który się tak schował i tak umiejscowił, że w swojej długoletniej karierze lekarz takiego ułożenia nie widział. Zdjęcia nie udało się zrobić, bo było w tym położeniu trudne, bo ciężko było dotrzeć tam. Pierwszy trymestr przeszłam bez większych rewelacji, jedynie byłam strasznie senna spałam non stop, chodziłam spać o 19 by móc funkcjonować rano w pracy. W pracy pracowałam 4 godz ze względu na pracę przy komputerze. W drugim trymestrze zaczęły mi się straszne bóle głowy zwróciłam się z prośba do lekarz o zwolnienie po czym usłyszałam, że lekarz nie ma podstaw by wypisać zwolnienie zdrowej ciężarnej i tu czara goryczy się przelała zmieniłam lekarza. W sumie dziś nie wiem czemu poszłam do lekarza z ciążą nie swojego chyba perspektywa ładniejszej przychodni prywatnej, która miała umowę z NFZ, a nie starej przychodni mojego lekarza.  I to była moja najgorsza decyzja zmiana lekarza. Na szczęście zmieniłam w porę i dziękuje za to. Zwolnienie dostałam od ręki, zero gadki. I tak przyszła pora na kolejne USG połówkowe tu zdjęcie nam się udało otrzymać, dzidziol zdrowo rósł i się rozwijał, płeć nie znana, nie chcieliśmy znać od samego początku. Kolejne USG to 3D-4D gdzie nasza dzidzia się do nas uśmiechała, została przebadana, przemierzona na wskroś, płeć tatuś chciała poznać, ale nie została ujawniona, bo pokazał nam dzidziol swoje pośladki i w sumie dobrze bo chciał tatuś się wyłamać, zdjęcie z tego USG profilu było ciężkie do zrobienia, bo dzidziol się strasznie chował. W połowie ciąży poczułam pierwsze ruchy kiedy w nocy o 1 kładłam się spać do łóżka poczułam bulgotanie w brzuszku takie jak by ktoś włożył słomkę do wody i dmuchał, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień ruchy zaczęły przybierać na sile. Pamiętam jak pod koniec ciąży zgadywaliśmy z mężem co za część ciała wystaje z brzuszka :) Dzidziol nie lubił jak ktoś obcy po za rodzicami głaszcze brzuszek zaraz to wyczuwał i przestał wierzgać :) Kolejne trymestry upływały miło i przyjemnie jedyną okropną, nie przyjemną dolegliwością pod koniec ciąży była zgaga i to tak straszna, że pamiętam spałam na siedząco i paliło mnie po wszystkim, i nic nie pomagało istna masakra i częste wizyty w toalecie. Zachcianek ciążowy nie miałam w sensie dziwnych jedynie nie mogłam darować sobie lodów waniliowych lub śmietankowych, które pochłaniałam w hektolitrach. Z USG nie przesadzaliśmy jednak do końca to moim zdaniem ok wpływu nie ma tak więc 3 były każde na jeden trymestr ciąży i w zupełności wystarczyły, badania podstawowe, bez żadnych prenatalnych, bo  w końcu zdrową kobietą przed 30 byłam, za specjalnie do ciąży się nie przygotowywaliśmy jedynie miłość, seks i kwas foliowy i wyszło tak jak wyjść powinno.
I tak trwaliśmy wszyscy w oczekiwaniu na 30 czerwca 2011 roku.

Szczypta o Mnie

piątek, 12 lipca 2013

o wyzwaniu

Będzie o wyzwaniu moim osobistym, które podjęłam z początkiem marca tego roku. A cóż to za wyzwanie otóż to założyłam sobie cel zrzucenia kg, których na końcie miałam zbyt dużo i źle bardzo źle mi z tym było szczególnie mnie do tego zmotywowały słowa mojej kochanej mamy cytuję"siedzenie Ci urosło" bezcenna szczerość matki, którą sobie cenię. I tak mąż też chciał powrócić do formy trochę podrasować biceps i brzuszek, więc zaczęliśmy się ostro rozglądać za siłownią. Siłownia była już wybrana, czekaliśmy na jej wielkie otwarcie. Ale na pewnej imprezie od słowa do słowa podrasowania formy mojego męża, a zrzuceniu zbędnych kg w moim przypadku, zgadaliśmy się z naszym kumplem, który ma domek jednorodzinny, a w owym domku swoja prywatną siłownię i nie małe doświadczenie w treningach, którego ja potrzebowałam (trenował karate). Po ustaleniach, przybiliśmy piątkę i rozpoczęłam wyzwanie z kontem 67 kg. Mój ambitny plan zakładał zrzucić 7 kg, a w marzeniach miałam swoją idealną wagę 55 kg. Na dietę restrykcyjną nie przeszłam, słodycze od czasu do czasu nadal jem, chipsom powiedziałam papa, zamiast nich są pestki dyni. Jedynie białe pieczywo zastąpiliśmy ciemnym, zamiast ziemniaków na obiad kasza i ryż, dużo warzyw i wody do picia i najważniejsze brak posiłków po 18, ostatni posiłek do godz 18. Oj na początku było ciężko z tym nie jedzeniem po 18, bo do tej pory mój tryb życia wyglądał w ciągu dnia coś przekąsiłam, kiedy Luli położona do łóżka, mama napychała się kanapeczkami z wędlinką, majonezikiem etc. Ale powiedziała A to trzeba powiedzieć B. Po miesiącu organizm się przestawił na nowy tryb jedzeniowy. O mojej wydolności na siłowni szkoda gadać. Na początku na bieżni nie byłam w stanie przechodzić w szybkim tempie 10 min, a dziś biegam 30 min i jest ok. Po pierwszym miesiącu waga nawet nie drgnęła byłam załamana trening 3 razy w tygodniu, a tu zero rezultatów, kolega mój osobisty trener tłumaczył, że tak może być, że woda w organiźmie się zatrzymała, że mam sobie dać 3 miesiące i mam nie rezygnować, nie poddawać się, choć byłam bliska rezygnacji, dałam sobie czas 3 miesiące. I tak w kolejnym miesiącu waga spadła i jak już zaczęła spadać tak zaczęły lecieć kg. I dziś na końcie - 9kg z początkiem lipca moja waga wskazywała 59,3 kg. Tak więc do mojej idealnej wymarzonej wagi pozostały 4 kg, a swój założony cel osiągnęłam straciłam 7 kg :) Mąż oczywiście do formy też wrócił. I tak we dwójkę kroczymy wspólnie za rękę. Czy widać ? Ludzie widzą. Ostatnio szef  powiedział jejku jaka z Ciebie chudzinka, koledzy i koleżanki również, mama też, która teraz mówi daj już spokój z tym odchudzaniem wystarczy za chuda jesteś hahah trudno mamie dogodzić.

Zapomniałam wspomnieć, że do dbania o moją formę doliczyć należy jazdę na rowerze, dużo jazdy codziennie do pracy i z, po zakupy, na siłownie, etc.

Trzymajcie mocno kciuki za moje dalsze sukcesy :)

Szczypta o Mnie

środa, 10 lipca 2013

miało być o wyzwaniu jest fotograficznie

Zakasałam rękawy z głową pełną do pisania. Bo post miał być o moi osobistym wyzwaniu, które jakiś czas temu podjęłam, ale musicie jeszcze uzbroić się w cierpliwość, to na później.

Dostałam dziś pierwszą część obrobionych zdjęć z sesji urodzinowej na 2 latka Luli, więc oglądając je nie mogłam się powstrzymać by Wam ich nie pokazać.

Zapraszam do oglądania naszej 2-letniej Luli, na resztę czekamy :)





Szczypta o Mnie

poniedziałek, 8 lipca 2013

po weselnie

Było szpital i było po szpitalnie. Było też wesele więc będzie po weselnie :)

Wesele baaaardzo udane, pozytywnie zaskoczona szczególnie faktem, że byłam pierwszy raz na weselu gdzie nie było orkiestry, a DJ. DJ stanął na wysokości zadania i pozytywnie rozkręcał muzycznie wesele. Brak było kawałków disco polo, które gdzieś tam dla mnie pozytywnie wpisują się w klimat wesela, brak oczepin i weselnych konkursów, które ja osobiście bardzo lubię. Miejscówa na wesele cudna. Wesele odbywało się pod namiotem, w leśnej głuszy, w około, lasek, polany, łączki, górki, staw z możliwością pływania łódką, którą wykorzystaliśmy na poprawinach. Miejsce cudowne. Mówię Wam :) Jedyny minus wesela to jedzenie, które było smaczne, ale było kateringowe, dowożone i niestety często otrzymywaliśmy je dość chłodne, nie było możliwości powtórnego podgrzania dla spóźnialskich i głodomorów.

Na drugi dzień były poprawiny już rodzinnie z dziećmi. Był turniej w badmintona, był grill, a na grillu łosoś z koperkiem poezja, karczek, szaszłyki z suszonymi śliwkami, kiełbaska i kaszanka :) i było pływanie łódką, które Luli bardzo się podobało. Z początku nie pasował jej kapok, który był większy od niej :)

http://www.jasminowka.pl/

Pochwalę się Wam w sekrecie, że na tym weselu otrzymałam masę komplementów, że tak ślicznie wyglądam jak księżniczka i tak ślicznie wychodzę na zdjęciach. Jejku jakie to miłe, szczególnie kiedy od marca podjęłam osobiste wyzwanie, ale to temat na osobną notkę.

Szczypta o Mnie

piątek, 5 lipca 2013

po szpitalnie

Już w domu uff nareszcie, moja radość nie do opisania.
Dzięki dziewczyny za wspierasy :*

A teraz do sedna sprawy. Do szpitala poszłyśmy na szczegółowe badania w temacie utrzymującego się u Luli od września kataru, który był przyczyną zapalenia oskrzeli czy płuc i innych infekcji gardłowych. Mieliśmy go wszyscy po dziurki w nosie. Plan był taki, że kładziemy się na 3 dni, które zamieniły się w 5 :(
Sam szpital i jego oddział dziecięcy nie aż taki straszny. Matka łóżko dostała jeśli twardą jak kamień leżankę można nazwać łóżkiem. Tak, tak chodzi mi o taką leżankę jakie kiedyś były w gabinetach lekarski czy pielęgniarskich w szkole, pamiętacie. Twarda, krótka i jak sam s..... nie wygodna. Aż na jednym boku od spania na nim mam siniaka. Oddział bardzo czysty, kolorowe ściany, wesołe lustra nad umywalkami, gdzie wszystkie te elementy lepiej oddziaływują na dzieciaczki, bardzo miły i pomocny personel pielęgniarski i lekarski. Jedna mała świetlico-jadalnia z przystosowaniem stoliczków i krzesełek dla dzieci większych i mniejszych, zabawek troszkę mało.
No ale do sedna pewnie mam przejść, a nie tu o wnętrzach szpitala piszę. Drugiego dnia Luli poszła na pobieranie krwi i umieszczenia motylka na łapce. Motylek oczywiście był tak interesujący, że ciągle przy nim majstrowała i musiał być cały skrzętnie urany. Zalecone póki wyników nie ma inhalacje, a po inhalacji oklepywanie na podusi i to oklepywanie było hitem Luli jak przechodziłyśmy obok zabiegowego wskazywała paluszkiem na poduchę, po za krwią szczegółowe badania moczu i kału. W środę kiedy to miałyśmy wychodzić czekała nas jeszcze konsultacja laryngologiczna i usg brzuszka,zlecone zw względu na przebytą chorobę w wieku 2 mc pamiętacie ostre zapalenie wątroby wywołane wirusem EBV i dość duży wydęty brzuszek. Usg wyszło książkowo więc wątróbka się zregenerowała, a laryngolog już nie diagnoza zapalenie ucha środkowego :( I antybiotyk dożylnie i zostajemy na pewno do piątku.
W piątek ponowna wizyta u laryngologa na szczęście jak widać ucho zdrowieje wydzieliny brak, antybiotyk doustny i jesteśmy w domu.
Co po za tym ze szczegółowych badań pod kątem alergii nie wyszło nam nic więc katar alergiczny nie jest. Więc już sama zgłupiałam z jednej strony git, ale z drugiej skąd on jest. Możliwe jest, że katar powiązany jest z naszym chorym uchem,zobaczymy po leczeniu jak stan nos będzie się kształtował, bo wizyta u laryngologa do odhaczenia.

Sam pobyt w szpitalu jak dla mnie i pewnie dla Luli istna katorga, umęczyłam się jak nigdy. Mała, zamknięta przestrzeń i ciągle na nogach nawet na sekundę nie można spuścić z oczu żywej dwulatki, ciągłe bieganie tłumaczenie, nie ruszaj, nie wyrywaj, nie wolno, nie bierz, nie Twoje ... Zasypianie koszmar wydzieranie się, płacz pierwszej nocy zasnęła o 23:30 po 2 godzinach wałkowania po łóżku przeplatanego płaczem, krzykiem. I nie ważne czy w swoim łóżku czy w "łóżku" mamy. Czułam się w tym szpitalu jak w więzieniu, bo wyjść na siku gdy tylko zamykałam drzwi za sobą syrena na cały oddział się włączała, by iść coś zjeść podobnie, masakra.
Ale już w domciu i tak w własnym łóżku Luli zasnęła błyskawicznie. Mama nadrabia zaległości blogowe,a mąż spisał się na medal mieszkanie czyste, schludne, wyprane, pozmywane gites :)

A jutro weekendowo-weselnie. Luli na wesele idzie do dziadków, a w niedzielę pomaszeruje z nami na poprawinowego grilla, pogoda widać, że dopisze :)
Makijaż, fryzjer zamówione, kiecka wisi i czeka,szpilki stoją i czekają. Mykam jeszcze pomalować pazurki u stópek co by ładnie wyglądały w szpilkach.

Szczypta o Mnie

poniedziałek, 1 lipca 2013

Na szybko

Z rana na szybko między jednym kęsem bułki, a łykiem kawy, między skreślaniem rzeczy z listy co jeszcze zabrać.
Tak to dziś 1 lipca maszerujemy z Luli do szpitala na szczegółowe badania związane z jej nieustająco trwającym katarem od września część z Was zna tą historie bardziej szczegółowo. Zobaczymy co w trawie piszczy. Tylko obawiam się jednego czy nas przyjmą bo wczoraj ni z gruchy ni z pietruchy Luli dostała gorączki żadnych innych objawów towarzyszących brak, dziś w nocy gorączka ją trzymała, rano teraz brak, więc mam nadzieję, że tak już zostanie, a stawiam, że może ta gorączka od zębów piątkie gdzieś na horyzoncie czuć.
Boje się troszkę tego szpitala bo nie wiem co z moim jedzeniem, Luli będzie miała posiłki w szpitalu i tego snu na krześle i w ogóle wszystkiego, a najbardziej tych badań.

Proszę  Was mocno trzymajcie za nią kciuki by nic niepokojącego nam nie wyszło.

I przypominam Wam gorąco o Pomocy dla Zosi, o której wspominałam w poprzednim poście, do którego lektury Was gorąco zachęcam, liczy się każdy grosz :) Ja w imieniu mamy Zosi, a mojej koleżanki Kasi serdecznie za wszystkie grosiki dziękuje :)

Szczypta o Mnie