poniedziałek, 30 września 2013

Prezent marzeń

Z R E A L I Z O W A N Y ! ! !

Ostatni mój post w tym temacie zasiał w Waszych głowach ciekawość, ale to było moi zamierzonym celem i dziś się z Wami dzielę swoimi wrażeniami.
Jak było FANTASTYCZNIE. Ale od początku Wam opowiem jak to było. Skok miałam zaklepany na 29.09 na godz 9:00 na lotnisku w Rudnikach k/Częstochowy cena promocyjna razem z filmowaniem. Wyruszyliśmy o 7:15 by się nie spóźnić i całą drogę towarzyszyły nam jebutne mgły i niestety na lotnisku mgła była jeszcze gorsza, widoczność na 50 m. Sok się odbędzie, ale musimy czekać, aż mgły opadną. Zawsze myślałam, że o 9:00, a już o 10:00 mgieł nie będzie, w końcu są wczesnym rankiem, a tu czekaliśmy ponad 3 godz. Przez to wyczekiwanie zmarzłam bo słupek rtęci wskazywał ponad 3 stopnie. I tak zaczęłam od podpisania oświadczenia, dostałam kombinezon, w który miałam się wcisnąć, uprząż, krótkie szkolenie, piątka przebita z instruktorem Rafałem i siup do samolotu. Samolot maluczki pomieścił 6 osób pozycja na pół leżąco. Moment poderwania szybki i dość intensywny i już w górze. Co chwila zerkałam przez okno podziwiając widoki, pomału zaczął mnie ogarniać strach is tres. Na komendę wydaną przez pilota 3 minuty, ciśnienie jeszcze bardziej mi podskoczyło i tak zaczęło się dociąganie pasów, dopinanie do instruktora, a wszystko siedząc wygodnie na jego kolanach. Opcja instruktor-mężczyzna i skoczek-kobieta z siedzeniem na kolanach miało wygląd, zabawnie wyglądała opcja instruktor-mężczyzna, skoczek-mężczyzna :) A najzabawniej wyglądali szczepieni ze sobą dwa chłopy skaczący na tyłeczkach do drzwi samolotu by wyskoczyć :) I słyszę od pilota minuta, gogle założone, pasy dociągnięte, drzwi od samolotu otwarte, siedzimy na skraju samolotu patrzę w dół i czuję swój stres, strach i rosnący poziom adrenaliny i czekam na magiczne słowo go wtedy wskakujemy z samolotu i jest GO ! I 50 sek swobodnego spadania machamy, śmiejemy się, kiwamy, uśmiechamy się do kamerki i czuję wiatr we włosach i to dosłownie, czuję się jak ptak, dotykam chmur, promyków słońca, pęd powietrza jest tak nieziemski, że nie da się tego opisać, nagłe szarpnięcie i otwarcie spadochronu i tu lecimy z 2 min, pomału raz na lewo, raz na prawo, co jakiś czas operując spadochronem miałam tą przyjemność i trzymałam go w rękach. Ziemia i ludzie widoczni na niej co raz bardziej stają się więksi o potrafię dostrzec już swojego męża czekającego na dole nagle komenda przygotowanie do lądowania i dość raptownie pupa zaczyna szorować po zielonej trawce, wylądowaliśmy :) Pogoda mi dopisała zamówiona na specjalne moje życzenie niebo z chmurkami, promyczki słońca, lubią mnie tam na górze, po następne skoki już takiej pięknej pogody nie miały. Przebijam piątkę z instruktorem dziękuje i cała w skowronkach lecę opowiedzieć wrażenia mężowi, bo dzięki niemu i moim przyjaciołom mogłam zrealizować swój prezent marzeń. Dziękuje Wam kochani :* Czekam na następny :)




Szczypta o Mnie

środa, 25 września 2013

Lekarz

Piorunem po pracy wsiadam w auto i na złamanie karku pędzę do domu bo wizyta u lekarza. Wpadam, ubieram Luli, machamy dziadkowi na do widzenia, wsiadamy do auta i jedziemy. I od razu pojawia się problem z zaparkowaniem auta, w końcu parkujemy, ale i tak dojść spory kawałek musimy. Wchodzimy i co słyszę "Pani dr nie ma. Chora." Ok nie mam pretensji, że chora w końcu człowiekiem jest i ma prawo niedomagać, ale ja się pytam w rejestracji po co mają nr tel na karcie zapisany chyba po to by zadzwonić i poinformować, no nic nie usłyszałam wody w usta nabrała, języka w gębie zapomniałam. Chyba nie muszę wspominać jaka byłam wściekła, aż się gotowało we mnie i wyć mi się chciało. Godzina parę min po 16 wracamy do domu i czekamy na 18 i na świąteczną pomoc doraźną. W domu podejście do zupy idzie nam to opornie jak krew z nosa w końcu udaje się coś tam wcisnąć, buzia jej się nie zamyka, męczy się, na szczęście na zegarze wybija 17:30 wsiadamy do auta i jedziemy, żeby w kolejce nie czekać. Dotarłyśmy przed czasem pierwsze jesteśmy. Wchodzimy i wychodzimy z receptą na antybiotyk niestety nie obyło się bez niego. Osłuchowo czysta, kaszel krtaniowy i wirusowy, ale Neosina nie dała rady więc trzeba działać mocniej. Jedziemy wykupić lekarstwa i o zgrozo chyba w piątej aptece dostaję antybiotyk. I może by nie było w tym wszystkim nic złego gdyby nie fakt, że sama ze wszystkim zostałam, bo małżowinka w delegacji do jutra. Trzymajcie kciukasy by szybko ozdrowienie nastąpiło, a przede wszystkim by w nocy kaszel dał pospać, bo dziś się zaczęło.

Szczypta o Mnie

wtorek, 24 września 2013

Niedomaganie

I mamy pierwsze niedomaganie w sezonie jesienno-zimowym, w sezonie nowego roku żłobkowego 2013/2014. Tak więc sezon niedomagań uważam oficjalnie za otwarty. Luli dała radę 3 tygodnie. Zaczęło się w niedzielę lekkim kaszlem i stanem podgorączkowym tak więc przedwzięzięłam wszelkie środki zapobiegawcze by choroba nam się dalej nie rozwinęła. Stan na dziś lekki katar, noce spokojnie przesypiamy, kaszel z chrypką wciąż z nami podobnie jak gorączka. Na jutro jesteśmy zapisane do lekarza zobaczymy co i jak. Chciałabym by ominął nas antybiotyk, ale zobaczymy. Dobra wiadomość jest taka, że w październiku wracamy na stare śmieci do naszego żłobka i bardzo się z tego cieszymy :) 

Więc zdrówka ja Wam życzę, a Wy nam :)

Szczypta o Mnie

sobota, 21 września 2013

Upolowane

Dzisiejsza sobota do południa upłynęła nam pod znakiem mama i córka na zakupach. Słoneczko nam towarzyszyło, po parogodzinnym maratonie Luli wyczerpana i zmęczona zasnęła, a mamcia dzieli się swoimi dzisiejszymi zdobyczami z SH za całe 23 zł, bo jak wiecie, albo i nie uwielbiam buszować po SH :) Oczywiście bilans zakupów nie zmiennie od dwóch lat wygląda podobnie ciuszki dla Luli są, gorzej dla mamci, ale najważniejsze, że zadowolenie mamci i Luli jest. Mamcia tym razem swojej garderoby nie wzbogaciła, chociaż ostatnio kupiłam sobie mega wystrzałowe czerwone rurki są boskie mówię Wam, ja w nich czuję się bosko i też tak wyglądam, bo w pracy trochę komplementów uzbierałam :)
Jutro maszerujemy na urodziny naszych przyjaciół prezent dla niej kupiony, dla niego pozostaje na głowie mojej małżowinki :)
Dziś wieczór imprezowo odwiedzą nasz świeżo upieczeni małżonkowie (Ci u których w ostatnią sb sierpnia  bawiliśmy na weselu).

Miłego i słonecznego weekendu Wam życzę :)

 Deszcze nam nie straszne :)

 Mimo, że lato się skończyło, to nie mogłam nie kupić tej ślicznej sukienusi w sam raz na lato 2014 :)

I jesiennych słot też się nie boimy :)

Szczypta o Mnie

poniedziałek, 16 września 2013

Inwestycja w siebie

Dziś będzie o mamie i jej inwestowaniu w siebie. Nie ukrywam i miło jest mi mówić o moim tytule naukowym w końcu ciężką pracą zdobyłam mgr :-). Po obronie zaczęłam szukać pracy zajęło mi to 4 mc i jak dziś pamiętam datę kiedy rozpoczęłam pracę tj. 1.04.2008 w Prima Aprilis. Praca jednak Prima Aprilisowym żartem się nie okazała i jestem z nią związana do dnia dzisiejszego na nie byle jakiej umowie bo na czas nie określony, dzięki czemu po ciąży miałam gdzie wracać. Praca, pracą, ciągle gdzieś jednak z tyłu głowy przez jakiś okres czasu miałam w planach studia podyplomowe, dokształcić się, ale kiedy Luli przyszła na świat, czas diametralnie się skrócił i studia poszły w odstawkę może kiedyś jeszcze zbiorę w sobie siłę, czas, ochotę i podejmę edukację studentki :) Póki co inwestuje w siebie, wyszukuję kursów, szkoleń dofinansowywanych z UE i ciągle się dokształcam, podnoszę swoje kwalifikację. Do tej pory skorzystałam z dwóch szkoleń w okresie ostatniego roku:
1.Kurs zarządzanie w przedsiębiorstwie:
- Rola menadżera w rozwoju organizacji
- Zarządzanie projektami w organizacji
- Zarządzanie stresem i konfliktami w organizacji
(certyfikat brytyjskiego Institute of Leadership Management ILM)
2. ECDL-A Europejski Certyfikat Umiejętności Komputerowych, poziom zaawansowany
AM3: Advanced Word Processing

Ostatni certyfikat zdobyłam całkiem niedawno zaraz po powrocie z wakacji 2.09 zdawałam egzamin i zdałam, certyfikat odebrałam w ub. czwartek. Trafiłam na niego przypadkowo bo chciałam zdobyć wiedzę z zakresu Exela, bo w końcu Worda umiem i tylko mi się wydawała, że Worda umiem. A, że Exela już nie było poszłam na Worda i dobrze się stało, bo takie tajniki jakie poznałam na tym kursie to głowa mała. W ciąż szukam Exela, do tego przydał by się jeszcze Power Point tak by mieć komputer kompleksowo w jednym paluszku. W końcu w dzisiejszych czasach komputer i obsługa jego to podstawa, podstaw, a że nogą z Exela jestem to na nim najbardziej mi zależy.
Dla zainteresowanych tu: http://www.inwestycjawkadry.info.pl/ wyszukuję informacji o szkoleniach, kursach, studiach podyplomowych dofinansowywanych z UE.

A Wy drogie mamy dokształcacie się, podnosicie swoje kwalifikacje zawodowe ?





Szczypta o Mnie



piątek, 13 września 2013

Żłobek żłobkowi nie równy

Wrzesień nadszedł, a z  nim powrót po urlopie do pracy i powrót po 2 mc przerwie od żłobka Luli. O zgrozo niestety remont naszego żłobka się przedłużył na mc wrzesień miejmy nadzieję, że nie dłużej. I tak

Luli musiała pomaszerować do żłobka zastępczego.
Minusem tego żłobka jest już sama lokalizacja, która od naszego domu dzieli nas parę ładnych km, w połączeniu z jazdą w godzinach szczytu wiąże się to z dłuższym powrotem, nawet prawie godzinnym. Na szczęście to udało nam się rozwiązać i po Luli jeżdżą dziadkowie, którzy wcześniej kończą pracę. Ale sam żłobek do mnie nie przemawia zaczynając już od najwyższego stopnia pani kierownik, która zawsze jest nie punktualna, wyfiokowana i bardziej dba o interes swój niż żłobka, nie to co u nas nasz pan kierownik, który zawsze punktualny, zawsze skory do pomocy i zakasuje rękawy i od ósmej rano roznosi śniadanko dla dzieci, ba nawet czasem je karmi, pomaga. Kolejny szczebel ciocie - panie opiekunki, pomijam fakt, że są dużo starsze od naszych i może przez to są już wypalone zawodowe i nic im się nie chce robić. Tak więc jak dla mnie nic nie robią siedzą i plotkują, a dzieci samopas biegają po sali, u nas zawsze ciocie siedziały razem z dziećmi na dywanie i razem z nimi się bawiły, zero jakichkolwiek prac plastycznych, a mija drugi tydzień chodzenia, u nas już by w szatni wisiały prace dzieci o tematyce jesiennej. Rano zaprowadzając Luli, sama muszę ją zaprowadzić na salę, nigdy żadna pani nie wyjdzie po dziecko, chcąc im coś przekazać musisz się sam fatygować, u nas zawsze panie wychodziły po dzieciaczka i zawsze odbierając je dawały informację zwrotną, a tu zero dialogu. A czara się przelała mojego nie zadowolenia kiedy to Luli się posiusiała tym samym zasiusiała sobie butki i o zgrozo odbierałam moje dziecko bez butów latała na boso, jest to sytuacja nie dopuszczalna. U nas zawsze dziecko dostało buciki zastępcze żłobkowe, a jeśli takowych brak to zakładam, buciki te co na ulice mam. Jak by tego było mało odbierając ją kiedyś miała całe zziębnięte rączki zimne jak lody, a czemu bo hasała w krótkim rękawku, swoją bluzeczkę z długim rękawem zalała i mimo, że w szafce były ubranka na przebranie i z długim rękawem i krótkim, bo pogoda nie wiadomo jaka, nie chciało im się szukać co w torbie jest wzięły pierwszą z brzegu bluzkę z krótkim rękawkiem, po tym incydencie zaczęła Luli pokasływać, na szczęście nic z tego nie wyszło, ale pomyślunek zerowy. Podobne zdanie podzielają niektórzy rodzice, których dzieci chodziły do tego żłobka tylko do grupy młodszej i mają porównanie, bo tu jest przyjęta zasada opiekunki nie przechodzą razem z dziećmi i grupą u nas przechodzą co uważam jest lepsze.
I tak z wielką nadzieją wyczekujemy na październik i na nadzieję, że remont w końcu się skończy w naszym żłobku i Luli wróci na stare śmieci, gdzie wszyscy myślą o jak najlepszym dobru dziecka i stawiają je najwyżej, ponad swoje.
To jednak dowodzi, że żłobek żłobkowi nie równy, smutne to :(

Szczypta o Mnie

środa, 11 września 2013

Zaległy urodzinowy prezent

Urodziny miałam w maju trochę czasu minęło i może w końcu uda się zrealizować mój zaległy urodzinowy prezent. A, że urodziny były szczególne bo nastąpiła zmiana kodu z 2 na 3 :) Z tej okazji była szalona impreza urodzinowa, na której to moi serdeczni przyjaciele chcąc spełnić jedno z moich marzeń, wspierali mnie w tym finansowo podarowali bilecik ze znakiem wodnym. Trochę się uzbierało, troszkę dołoży mąż i tak dziś napisałam maila o szczegóły i oczekuje na odpowiedź. Jeśli będą wolne miejsca i wszystko pójdzie zgodnie z planem oby pogoda dopisała, to w weekend zrealizuję jedno ze swoich marzeń i w końcu jak by nie było prezent od moich przyjaciół i męża. 
Trzymajcie mocno kciuki !

Szczypta o Mnie

środa, 4 września 2013

Czarnogóra

Tegoroczne wakacje udały się jak mało, które. Jesteśmy wszyscy tak zadowoleni i ciągle w myślach, rozmowach powracamy do tych szalonych, słonecznych dni spędzonych w tym nieziemsko pięknym kraju. Bo, że Czarnogóra piękna jest to tego mówić nie trzeba to trzeba zobaczyć. Czarnogóra to kraj ze zmiennym krajobrazem, to doskonałe połączenie duetu morza z górami, to niesamowicie mili ludzie, to zmienny klimat, to po prostu cud.
Więc zaczynamy dla wytrwałych dość obszerna notka, mam nadzieję, że sama w niej wytrwam z opisem do końca :)

Podróż i dzień 1 i 2
Wyruszyliśmy w poniedziałek o 19:00, spakowani, sunia oddana do rodziców pod opiekę, mieszkanie zamknięte na cztery spusty, a my gotowi do drogi. Pierwszy postój po 100 km dotankowanie auta, by sprawdzić ile pali, Luli została przebrana w piżamkę i była zwarta i gotowa na sen, zasnęła szybko, bo w dzień nie miała swoje drzemki, a my mknęliśmy. Dystans jak mieliśmy do pokonania wynosił 1 600 km, wg obliczeń mojego męża i trasy jaką pokonaliśmy w ub roku do Bułgarii, który wynosił 2 200 km pokonaliśmy w 28 godz, liczyliśmy, że do Czarnogóry w 17 dojedziemy. I tak po 10 godzinnej jeździe mieliśmy za sobą 1000 km byliśmy w Belgradzie, pozostało 600, mąż ze szczęścia ręce zacierał, że pozostało tylko 6 godz podróży, ja nockę z Luli przespałam, mąż prowadził i w dalszą drogę pozostaliśmy na tych samych miejscach. I tu niestety nasze oczekiwania się nie sprawdziły droga nas przerosła bo ostatnie 600 km okazało się drogą krętą non stop przez górskie serpentyny, gdzie momentami jazda była równa 30 km/h, często bez barierek i z zakrętami śmierci. Mąż zaczął wysiadać, nie dawał rady dalej jechać i były dwie opcje spanie gdzieś na parkingu parę godzin, by zregenerował siły, albo ja prowadzę, niewiele myśląc usiadłam za kółkiem i dawaj pojechałam. Jestem z siebie niesamowicie dumna, że przeszłam i zdałam wzorowo taki mega test na kierowcę. Wspólnymi siłami pokonaliśmy męczącą drogę przez góry w 17 godzin, mąż miał dość Czarnogóry jeszcze nie dojechaliśmy, a już miał jej dość. Na miejsce naszego wypoczynku wybraliśmy Tivat, miejscowość dobrze usytuowana nad zatoką, blisko do pozostałych ciekawych miejsc w Czarnogórze i do słynnego Dubrovnika w Chorwacji. Kwatery brak więc wjeżdżając do Tivatu o 22 mieliśmy lekkiego stresa, że kolejną noc spędzimy w aucie, bo nic o tej porze nie znajdziemy. Pierwszy postój zaraz na początku Tivatu zatrzymaliśmy się w sklepie z wywieszką apartamenty. Pierwszy pokój obejrzany i tu postanowiliśmy zostać. Należy wspomnieć, że nasza Pani Sławka słowa po za serbskim nie umiała, dzięki, że w sklepie była młoda dziewczyna, która umiała angielski, dzięki niej dogadaliśmy się i wytargowaliśmy cenę. Kwatera za 8 euro u Pani Sławki, pokój z łożem małżeńskim i łóżkiem dla Luli, pokój był wynajmowany przez Pania Sławkę w jej prywatnym mieszkaniu, gdzie miała 3 pokoje z czego dwa wynajmowała, dostęp do kuchni, która w Czarnogórze znajduje się na tarasie, kuchnia pod chmurką, łazienka nie w pokoju, ale nam to nie przeszkadza, nie przywiązujemy aż takiej wagi do wygód na wakacjach, grunt, by było gdzie spać, umyć się, a przede wszystkim by było czysto. Padnięci po ciężkiej podróży zasnęliśmy od razu.

Dzień 3
Śniadanie, plażowanie, popołudniowa drzemka, obiad, penetrowanie najbliższej okolicy, kolacja i spać :)

Dzień 4
Pierwsza wycieczka "Czarnogórski Dubrovnik" czyli Kotor. Oddalony od nas 4 km, jazda przez tunel wydrążony w górach. Piękny widok, przyjemny dla oka, wyślizgane płytki na ziemi, wąskie kamienne uliczki, kościółki.
Kotor jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w południowo-wschodniej Europie, pełen zabytkowych budowli. Stare miasto otoczone jest średniowiecznymi murami miejskimi, które łączą się z twierdzą św. Jana na Samotnym Wzgórzu o wysokości 260 m n.p.m. wstęp 3 euro. Długość murów wynosi 4,5 km, wysokość – 20 m, a szerokość 15 m.
Twierdza św Jana na Samotnym Wzgórzu zdobyta nie powiem, że było lekko, było ciężko jak cholera, Luli z tatą doszli do połowy drogi do kościółka i zostali, a matka zakasała rękawy i powiedziała, że musi tam wejść i weszłam, upocona, zmęczona, ale szczęśliwa, a widok dla oka nie do opisania. Zaznaczę, że schodząc z twierdzy w życiu nie miała takiego uczucia w nogach jak tu kiedy stanęłam w miejscu nogi samoistnie mi się trzęsły nie potrafiłam nad tym zapanować, więc lepiej było jak szłam niż stałam. Przyjęliśmy zasadę, że zawsze wracając z naszych wycieczek będziemy zaliczać, inne plaże i tu w drodze powrotnej zawitaliśmy na plażę Oblatno, gdzie przyjemnością było stąpanie w morzu, bo zejście było piaszczyste.
Dzień 5
Odpoczywamy po wycieczce, by na jutrzejszą nabrać siły.

Dzień 6
Dziś znów wycieczkujemy się, zwarci i gotowi na cel obieramy Świętego Stefana i Budvę. Po sytym czarnogórskim śniadaniu wyruszamy w drogę.
Dojechaliśmy szybko do Świętego Stefana bo odległość jaka nas dzieliła to 30 km. Zobaczyć to trzeba było jest to widok wszechobecny Czarnogóry. Maleńka wysepka połączona cypelkiem z lądem, którą omywa z każdej strony błękitne morze. Niestety wyspa jest nie do zwiedzania jest na niej hotel, więc można jedynie obejrzeć ją z góry, z parku sąsiadującego i ewentualnie przespacerować się cypelkiem tak też zrobiliśmy.

Po Świętym Stefanie Budva. Jest to miejscowość wypoczynkowa na czarnogórskim wybrzeżu Adriatyku. Stare miasto, które liczy ok. 2500 lat, znacznie ucierpiało podczas trzęsienia ziemi w roku 1979. Miasto jest odgrodzone od lądu górami. W tym rejonie występuje typowa roślinność śródziemnomorska.


Standardowo plażowanie zaliczone. Plaża przyjemna piaszczyste zejście do morza i sama plaża, ale ludzi jak mrówków, dupa przy dupie i piękna dla oka.

Dzień 7
Standardowo odpoczynek i to całe po południe spędzone na kwaterze, bo ku naszemu zaskoczeniu od rana do 16 padał deszcz. Na szczęście po południu się wypogodziło.

Dzień 8
Obudziło nas ponure, szare, deszczowe niebo. Niewiele myśląc zapakowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy do Dubrovnika. By skrócić trasę autko i my skorzystaliśmy z dobrodziejstwa promu i tym samy 40 km mniej było do pokonania.
Dubrovnik dla mnie ósmy cud świata, tego nie da się opisać trzeba zobaczyć. Standardowo jak słyszeliśmy z opowieści masa ludzi i tym razem wiele ich było. O czym mógł już świadczyć już korek, w którym staliśmy na wjeździe i poszukiwania wolnego miejsca na parkingu, które znaleźliśmy na -4 poziomie, z brakiem oświetlenia. Należy jedynie wspomnieć, że zwiedzanie Dubrovnika jak dla mnie dużo cenowo przesadzone chcąc, na wszystko wejść, wjechać kolejką na osobę musimy liczyć się z wydaniem kwoty rzędu 100 euro. My zwiedzaliśmy sam Dubrovnik, bez dodatkowych, ekstra płatnych wejść, ale mimo wszystko było warto, pięknie, cudnie. I pogoda też dopisała.
W drodze powrotnej trafiliśmy na piękną plażę w Kupari zwane miastem duchów, a czemu.
Luksusowy kompleks wypoczynkowy zbudowany kosztem ponad miliarda dolarów na potrzeby oficerów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, ich rodzin i najwyższych jugosłowiańskich oficjeli. Swoją prywatną rezydencję miał tu również Josip Broz Tito. W skład kompleksu wchodzi sześć hoteli: Mladost, Grand (z roku 1920), Goričina, Pelegrin, Kupari i Galeb. W roku 1991, na początku bałkańskiego konfliktu ośrodek został najpierw ostrzelany z morza przez fregatę rakietową, a następnie opanowany przez siły serbskie. Doszczętnie splądrowany i zdewastowany nie odzyskał już nigdy dawnego blasku. Widok trwożący krew w żyłach.

Dzień 9
Ostatni dzień, jutro wyjazd, więc ostatnie plażowanie, pakowanie, zakupy :( Osatnie plażowanie zaliczyliśmy na plaży Kalardovo, piękna plaża.

Dzień 10
Wyjazd równo o 10 ostatnie uściski ze Sławką i Andzią. Bo zapomniałam Wam wspomnieć, że do naszej Sławki przyjechała rodzina Andzia, Tania z dwoma córkami Sara i Nedą. Więc nasza Luli miała towarzystwo, a Andzia znała słowacki wiec była doskonałą tłumaczką i wiele się od niej dowiedzieliśmy, m.in. wiele o wojnie domowej podczas, której nasza Sławka straciła męża, został zastrzelony, wiele przeżyła, uciekała z Dubrovnika właśnie tu do Czarnogóry, straciła dom, cały majątek i męża. Sama wychowywała córkę i dochodziła od początku wszystkiego od nowa i fakt przerażających emerytur w wysokości 120 euro, które Sławka dostaje, a w Serbii nie lepiej podstawowa pensja to 100 euro, w taka większa lepsza to z 400. Masakra ! Ale mimo doświadczenia przez los, ludzie pełni uśmiechu. Uściski, torba z owocami i warzywami na drogę i papa Czarnogóro. Po drodze musieliśmy zobaczyć kanion na Rzece Tara, płynie na długości 144 km i tworzy przełom płynąc wąską i głęboką doliną. Jest to najgłębszy w Europie i jeden z najgłębszych na świecie kanionów. Długość przełomu to 78 km, a głębokość do 1300 m.
Po 28 godzinnej jeździe cali szczęśliwi dojechaliśmy do PL. Podróż z małymi przygodami, bo niestety w powrotnej drodze krętej przez góry Luli nam zwymiotowała dwa razy była tak wyczerpana i słaba, że modliłam się by jak najszybciej być już na prostej drodze, tata zresztą do niej dołączył. Czas przejazdu przez góry jechaliśmy inna trasą mieliśmy dużo lepszy niż w pierwszą stronę bo zajęło nam to 9 godzin, ale to co nadrobiliśmy straciliśmy na granicy madziarsko-serbskiej. Bo okropnym madziarom zachciało się grzebać, buszować i trzepać wszystkich i tak odstaliśmy w granicznym korku 5 godzin. Zawsze z tymi madziarami problemy, nie pierwszy raz. 
Do Czarnogóry z miłą chęcią powrócimy, marzy nam się dalsze penetrowanie Bałkanów Albania, Bośnia, zobaczymy gdzie nas za rok wywieje. 
A ja Wam polecam bardzo gorąco Czarnogórę. I zapraszam do galerii i czytania dość obszernej, ale szczegółowej notki.

Szczypta o Mnie