środa, 28 maja 2014

Czas wrócić do żywych

Na początku dziękuje Wam wszystkim za słowa otuchy to dla mnie bardzo ważne. Dzięki :*
Ostatnio mnie było mało w blogowym świecie, ale chyba mi to wybaczycie, pomału wracam,a raczej próbuję wracać do żywych. W końcu życie toczy się dalej. Każdego dnia wstaję i próbuję żyć normalnie, choć w głębi duszy wiem, że nigdy moje życie nie będzie takie samo. To co się wydarzyło odcisnęło na mnie szczególne piętno, rana wciąż krwawi, wiem, że przyjdzie taki dzień,że rana się zagoi, ale w sercu na zawsze pozostanie blizna. Najgorsze są wieczory, szczególnie te kiedy mój najdroższy mąż musi jechać z bólem serca w delegację. Kiedy spędzam je sama, wtedy myślówa w mojej głowie jest najgorsza,  a ja po cichutku łkam w poduszkę, a oczy robią się wilgotne na widok maleńkich dzieciątek i przyszłych mam. I tak minął dzień moich urodzin, które były najgorszymi urodzinami w moim życiu. Za mną Dzień Matki też do najszczęśliwszych, najradośniejszych nie należał, choć dzięki mojej kochanej dziecinie uśmiech się na mojej twarzy mimo wszystko pojawił. Ona potrafi zdziałać cuda i jest najlepszym lekarstwem, na moje ciężkie dni, chwile, najlepszą nagrodą, którą mogłam od życia otrzymać. I dziękuje za nią każdego dnia, że jest nasza. Po prostu KOCHAM :*

I dziś Was zaproszę na wyjątkowy Dzień Mamy i Taty w którym mieliśmy okazję my rodzice Lulci brać udział. Żłobkowe ciocie jak zwykle zapewniły dobrą zabawę i niesamowitą wspólną podróż w nieznane. Tym razem polecieliśmy na Hawaje. Były hawajskie girlandy, hawajskie tańce i śpiewy, a na koniec hawajski poczęstunek i najważniejsze prezenty dla mamy i taty. Mama dostała kwiatka robiony ręcznie, a tata krawat super taty, i wspólnie dla obojga rodziców dostaliśmy czerwone serce pełne miłości od naszej córci.

Szczypta o Mnie

środa, 21 maja 2014

O nie narodzonym życiu

Na początek suche fakty, z którymi się nie dyskutuje i już.
05.04.2014 ostatnia @
06.05.2014 test ciążowy pozytywny
08.05.2014 drugi test ciążowy pozytywny
15.05.2015 wynik bety z krwi 450 jednostek

To, że powiększać rodzinę chcieliśmy to wiecie. Pierwsza na poważnie próba nie udana, ale druga przyniosła zamierzony efekt, w owulację pomogły trafić testy owulacyjne. Radości mojej, naszej nie było końca, że się udało i to tak szybko. Ale ta ciąża była inna już od samego początku, od ciąży Lulkowej, ale nie przejmowałam się tym bo w końcu każda ciąża jest inna. Z Lulcią od samego początku nawiedził mnie sen, zmęczenie i wilczy apetyt, a tu zupełnie nic, po za lekko bolącymi piersiami i brakiem @, no i suche fakty z którymi się nie dyskutuje. Radość nas jednak rozpierała ja już zaczęłam sobie wyobrażać jak to będzie z nowym rokiem bo wg. @ termin wypadał na 09.01.2015, ale z drugiej strony myśl, a może jednak miła końcówka roku 2014, jak zareaguje Lulcia i w ogóle i w szczególe.
14.05 umówiłam się na wizytę do gin, usg jednak nic nie wykazało. Gin powiedział, że może ciąża jest wcześniejsza niż na to wskazuje @ i kazał przyjść za 2 tygodnie, koniec maja, wtedy już powinno być widać. Jednak nie mogłam się powstrzymać i rano przed pracą 15.05 poszłam na betę, by o 15 się cieszyć wynikiem, który zobaczyłam.
Moja radość nie trwała długo.
I tu się kończy przyjemna część naszej przygody, zaczyna się horror jaki do dziś przeżywam.
15.05 mąż w delegacji godz 19:30 szykuje Lulcię do spania rozebrany golasek lata po mieszkaniu, mama postanowiła siknąć przed myciem i nie zapomnę tego kiedy na papierze zobaczyłam śluz podbarwiony krwią. Strach, ręce zaczęły mi się okropnie trząść, w gardle pojawiła się klucha, serce biło jak oszalałe, oczy napełniały się łzami. Telefon do męża z płaczem do słuchawki nie wiem co mam robić, on spokojnie tłumaczył zadzwoń do szpitala jedź na IP. Rozłączyłam się dzwonie do Szpitala, w którym rodziłam, łącze się z IP odbiera położna mówię jej, że mam krwawienie początek ciąży 6 tydzień, nie wiem co mam robić, a ona, że też nie wie co mi powiedzieć, bo to wczesna ciąża, ale każe zadzwonić i jeszcze raz połączyć się z pokojem lekarskim. Tak też robię. Odbiera miła pani doktor powtarzam jej to samo co położnej z IP bez zastanowienia każe przyjechać, nie można bagatelizować krwawienia w ciąży bez względu jaki to jej etap. Telefon do mamy bo ktoś musi zostać z Lulcią, mama nie wierzy w to co jej mówię przez telefon, że ciąża, że krwawienie, bo nie mówiliśmy rodzicom. Ja w oczekiwaniu na mamę w pośpiechu pakuje torbę najpotrzebniejszych rzeczy, proszę Lulcię by się ubrała i nie latała na golaska. Szczęście to, że mój brat był u mamy, przyjeżdża w trybie ekspresowym, mama zostaje z Lulcią rzucam jej w drzwiach, że zadzwonię i wsiadam do auta brata. W chwilę później jestem w szpitalu trzaskam drzwiami auta i słyszę trzymaj się. Na IP nikogo nie ma badanie, usg, które nic na ekranie nie wykazuje, morfologia i obserwacja w szpitalu i tyle na tym etapie. Diagnoza, a raczej diagnozy jakie na tym etapie zostały mi postawione:
ciąża wczesna nie widać na usg
poronienie
ciąża pozamaciczna
Na sali trzy inne panie światło zgaszone, bo godzina 21:30 telefon do mamy i prośba zaopiekowania się Lulcią do powrotu jutrzejszego męża z delegacji. Telefon do męża. Mąż chciał wracać, ale powiedziałam, że nie ma sensu nic tu jego pobyt nie pomoże, a dwa nie wpuszcza go w nocy, bo w godzinach nocnych by wrócił. Sen przyszedł szybko. Ranek był straszny przywitał mnie toaletą i obfitym krwawieniem ze skrzepami, na tyle silne, że musiałam od położnej poprosić o wkładkę.I bóle brzucha jak na @. I już wtedy wiedziałam, że opcja diagnozy nr 1 wczesnej ciąży odpada, pozostają dwie. Po porannym obchodzie kolejne usg, na którym znów niczego nie było widać i zlecone beta, które miało rozwiać wątpliwości. Jeśli beta idzie w górę ciąża pozamaciczna, jeśli spada poronienie i teraz nic innego nie pozostało jak czekać. Z dwojga złego lekarze mówili, że lepszą opcją jest poronienie. I tak czekałam na sobotę kiedy miałam pobieraną krew na betę, a następnie na poniedziałek kiedy wszystko miało się wyjaśnić. A w międzyczasie musiałam stawić czoła moim wizytą w toalecie i łazience i obserwować to co ze mnie się wylewa. Najgorsze były te skrzepy, koszmarne łzy wylewałam jak grochy i chciałam wyć. Poniedziałek wyników brak jak na polską służbę zdrowia przystało musieli zapomnieć, kolejny dzień wyczekiwania na diagnozę, kolejne usg, które nic nie wykazało. W końcu nastał długo wyczekiwany wtorek wynik bety spada jest 175 jednostek, a więc już wiem poronienie. I pytania dlaczego mnie to spotkało, przecież pierwsza ciąża książkowa, poród naturalny, ja zdrowa, aktywna fizycznie, nie paląca, nie pijąca, mąż też dlaczego ja się pytam. I ciągle nie umiem znaleźć odpowiedzi na moje pytanie ciągle nic.
Z pewnością mogę śmiało powiedzieć, że łatwiej przyjmuję fakt poronienia na tym etapie kiedy nie słyszałam jeszcze serduszka dzidziusia, nie potrafię sobie wyobrazić co by było dalej, skoro na tym wczesnym etapie to tak strasznie boli, to co jest dalej. I strach, który już mnie nie opuści, który będzie mi towarzyszył przy kolejnej ciąży, bo będziemy próbować, obawa by się to nie powtórzyło i toaleta i papier toaletowy. Lekarz w szpitalu zalecił bete za dwa tygodnie i z wynikiem mam się pokazać w szpitalu, kolejne starania minimum 3 miesiące odczekać do pół roku. Na wizytę do gin się zapisałam, ale wybrałam gina, który m.in. mnie leczył w szpitalu, robił usg, odpowiadał na moje pytania, rozwiewał wszelkie wątpliwości, a w internecie, aż kipi od pozytywnych opinii na jego temat, zobaczymy co on mi powie, przyczyna oczywiście nie znana na takim etapie, słowa lekarza takie rzeczy się zdarzają.
I tak się kończy ta historia o nie narodzonym życiu.

A ja pozostaję z głową, w której piętrzą się ciągłe pytania, obwinianie siebie, że może zrobiłam coś nie tak, coś czym mogłam zaszkodzić, łzy, które po cichutku wylewam w kącie, w poduszkę kiedy nikt nie widzi. Staram się być silna dla Lulci, bo widząc płaczącą mamę sama zaczyna płakać jest zdezorientowana nie wie co się dzieje i dla męża choć on wie, że jestem miękka i służy swoim męskim ramieniem do wylewania potoku łez, ciągle cierpliwie tłumaczy i jest dla mnie największym oparciem jakie mogłam sobie wyobrazić w tak ciężkich chwilach. Dziękuje Ci, że jesteś przy mnie sama bym sobie chyba nie poradziła KOCHAM CIĘ :* Dziękuje Mini za każde słowo otuchy, moim kochanym rodzicom, którzy bardzo nas wspierają, pomagali nad opieką Lulci kiedy mama była w szpitalu, a tata spędzał z nią każdą wolną chwilę, za maminowe obiady, bo na szpitalnym jedzeniu bym nie przeżyła, mojej psiapsiółce, która jest obok mnie. I dziekuje każdego dnia Bogu za Lulcię za mój największy skarb :)
A Was proszę o modlitwę by nas nigdy to już nie spotkało, by dane mi było cieszyć się ciążą, zdrową ciążą i zdrowym dzidziusiem.

Szczypta o Mnie

czwartek, 15 maja 2014

Czysty duet

Do Streetcom-u nie należę od dziś. Ale ostatnimi czasy miałam długą przerwę od testowania produktów, wynikało to pewnie z większej ilości ekspertów i ze zmienionej polityki Streetcom-u. Tak więc swoje w kolejce odczekałam i zostałam zaproszona do kampanii testowania razem ze Streetcom produktów DUCK.

A co otrzymałam do testów:

1. Duck Fresh Discs Lime żelowe krążki do zaplikowania na toaletę to produkt, który łączy zalety zawieszki, ale nie ma jej wad. 
A jakie korzyści wynikają ze stosowania Duck Fresh Discs Lime żelowych krążków:
HIGIENA jest wygodny w zastosowania, a co najważniejsze nie musisz więcej dotykać brudnych (niehigienicznych) zawieszek oraz toalety
CZYSTOŚĆ czyści i odświeża równie skutecznie jak zawieszki ale w bardziej higieniczny sposób, dodatkowo usuwa osadzający się kamień
WYGODA unikalny sposób aplikacji Pusch&Pull
NIEZAWODNOŚĆ żelowe krążki, które przyklejają się zarówno do suchej jak i mokrej muszli
ATRAKCYJNOŚĆ krążki wyglądają schludnie i nowocześnie i nie zostawiają nieestetycznych zacieków
EKONOMICZNOŚĆ jeden krążek wystarcza aż do 120 spłukań, w jednym aplikatorze znajduje się 6 krążków, które wystarczają aż na 720 spłukań, czyli aż na 8 tygodni stosowania
OSZCZĘDNOŚĆ Duck Fresh Discs Lime żelowe krążki dostępne są w nowej obniżonej cenie

2. Płyn Duck Power White&Bright do czyszczenia toalety zabija 99,99% bakterii, czyści i dezynfekuje, łatwy w aplikacji.

Płyn Duck Power White&Bright + Duck Fresh Discs Lime żelowe krążki = CZYSTY DUET
W celu zapewnienia kompleksowej czystości Twojej toalety przed każdą aplikacją żelowych krążków Duck Fresh Discs Lime użyj płynu czyszcząco-dezynfekującego Duck Power White&Bright. Czysty duet stoi na straży Twojej toalety ! Pozwala utrzymać ją higienicznie czystą, a Ty nie będziesz musiała się martwić o bezpieczeństwo swojej rodziny przez długi czas.





A jaka jest Wasza opinia w tym temacie ?
Jak Wy dbacie o czystość swojej toalety ?
Jakich produktów używacie ?
I przede wszystkim czy znacie, czy używacie i jaka jest Wasza opinia o produktach DUCK ?
Piszcie !

I na koniec drogie kobitki przy pisaniu swojej opinii dajcie mi znać czy mogę podać Wasz adres mailowy do przesłania krótkiej ankiety od Streetcom-u dotyczący środków do toalety.

Szczypta o Mnie


poniedziałek, 12 maja 2014

Adulka dla Szczypty

Jak już wiecie te, które czytają bloga Adulki, że zrobiłyśmy między sobą  blogową wymiankę. Idea była taka ja przygotowuje coś dla Adulki, a ona coś dla mnie.
Na swoją niespodziankę cierpliwie czekałam, bo trzeba było ją przede wszystkim zrobić, a wymagało to nie lada pracy, a po za tym wypalić w piecu, udziergać na szydełku, więc czasu sporo pochłonęła. Paczuszkę, a w sumie dwie paczuszki jakie otrzymałam, przeszły moje oczekiwania, ze zdziwienia przecierałam oczy, czy to na pewno do nas miało przyjść, bo Adulka  śmiem stwierdzić zwariowała.
W jednej paczuszce, którą listonosz zostawił u sąsiadki znalazłam gipsowe cudeńka, skrzętnie zapakowane w tony papieru, by nic się po drodze nie ułamało, nie złamało ( niestety gips jest tak delikatny, że konikowi na biegunach ułamał się ogonek, ale i to mu nie odebrało osobistego uroku i prezentuje się cudnie na ścianie Lulkowego pokoju w towarzystwie anioła i renifera ), a po za konikiem na biegunach znalazłam w paczuszce gipsowe zawieszki jedna z motywem Świąt Wielkanocnych i mimo, że już po Świętach są tak cudne, że nadal wiszą i cieszą oko, a co, baranek czy kurczaczek nie muszą się kojarzyć z Wielkanocą. Drugie gipsowe zawieszki znalazły miejsce w pokoju Lulci, bo idealnie pasują do pokoju małej dziewczynki. Tego samego dnia gdy odpakowywała paczuszkę nr 1 mąż przyniósł mi awizo ze skrzynki, czym prędzej pomaszerowałam na pocztę i odebrałam paczuszkę nr 2, a w niej czapeczki cieniutkie, szydełkowane, własnoręczna robota wykonana przez babcię córeczek Adulki, do tego do kompletu cieniutkich czapeczek, czapka na chłodne jesienno-zimowe spacery w komplecie z kominem, no mówię Wam dech w piersiach zapiera, zresztą zaraz zobaczycie same.
I nie mówcie dziewczyny, że nie macie talentów do tworzenia. Bo Adulka jest kolejnym przykładem na to jaki talent posiada do tworzenia gipsowych cudeniek, na których widok dech w piersiach zapiera. Może czasem tkwi gdzieś on w nas głęboko i potrzeba bodźca, czasu by go odkryć.
Ja tu pitu pitu o naszej wymiance, a słowem nie wspomniałam o samej Adulce. Jest mamą cudownej trójki dziewczynek, które są tak samo przesłodkie jak ich mama, po za rolą mamy Adulka to piękna kobitka i kochająca żona jednym słowem kobieta z klasą i duszą, a do tego utalentowana. Śledzę losy rodzinki Adulki na bieżąco, towarzysze im w czytaniu od samego początku bloga i mam cichą nadzieję, że kiedyś uda nam się spotkać w realu, na wspólnej kawie, na wspólnych wygłupach naszych dziewczynek.
Z tego miejsca jeszcze raz serdecznie dziękuje Ci Aduś za te cuda jakie dla nas przygotowałaś i jakimi nas obdarowałaś mua :*








P.S. Dziękuje za wszystkie miłe komentarze pod ostatnim postem moich prac. Takie komentarze dodają skrzydeł do dalszego działania, tworzenia.

Szczypta o Mnie

piątek, 9 maja 2014

Moje wytwory

Dziś będzie o decoupagu mojej pasji, zainteresowaniu. W ostatnim czasie powstało kilka nowych dzieł, więc czas najwyższy zebrać je w kupę i je przedstawić.

Na pierwszy rzut idzie skrzynka na przyda się u  mnie skrzynka znalazła zastosowanie na przechowalnie moich serwetek, których już trochę się nazbierało.



Na drugi rzut pójdzie szkatułka na biżuterię dla kochanej mamy na Dzień Matki. Teraz nie pozostaje nic innego jak czekać na 26 maja.


 A ostatnia moja praca jeszcze dosycha lakier to podkładki pod kubki. Jeszcze czeka mnie ich zapakowanie, do tego dołączony zostanie worek ze srebrem czyt. ze złotówkami i dziś wieczorem wręczymy je naszym przyjaciołom, do których wybieramy się na parapetówę ich domu.


I jak Wam się podobają moje wytwory ?

Pozdrawiam Was gorąco, mimo, że u mnie za oknem szaro, buro i ponuro gwarantowane, że będzie padać. Ale nie ma co się smucić w końcu dziś piątek czyli weekendu początek :)

Szczypta o Mnie

środa, 7 maja 2014

Szczyptowa apteczka

Zima się skończyło i wydawać by się mogło, że sezon przeziębień za nami. Nic bardziej mylnego. Pogoda dodatkowo nas nie rozpieszcza nagłe skoki temperatur raz zimno i wietrznie, a raz ciepło i słonecznie i o infekcję nie trudno. Mimo wszystko nie mogę narzekać w porównaniu z ub. rokiem kiedy Lulcia chodziła po raz pierwszy do żłobka więcej w nim nie była jak była. Od tego roku żłobkowego czyli od września skrzętnie notuję jej nieobecności w żłobku spowodowane chorobami.
I tak przedstawia się nasz bilans:
23-30.09.2013 ( 6 dni choroby)
29-31.01.2014 ( 3 dni choroby)
03-07.03.2014 ( 5 dni choroby)
26.03-04.04.2014 ( 10 dni choroby)
Z czego najgorszy był najdłuższy okres 10 dniowej choroby jednostronne zapalenie płuc i jednostronne zapalenie oskrzeli.
A co nam pomaga przetrwać, złagodzić objawy, nie dopuścić do rozwinięcia się infekcji.

1. Syrop na odporność receptura od cioci (siostry mojej mamy, która podawała ją swoim dzieciom) i my go podajemy w okresie zimowo-jesiennym, ale i chyba w okresie wiosennym muszę go włączyć.
Główka czosnku (rozgnieciona), sok z jednej cytryny, łyżka miodu wszystko zalewamy letnią wodą i odstawimy, podajemy po jednej łyżeczce, na wieczór, co by nie odstraszyć dzieci w żłobku.


2. Tran podawany w okresie jesienno-zimowym ze względu na występowanie wit. D, której nie podajemy w okresie wzmożonego nasłonecznienia.(bez recepty)


To są nasze produkty na odporność, a co jak coś się pojawi na rzeczy czym się ratujemy.

1. Inhalacje z soli fizjologicznej na katar i lekki kaszel, gdy kaszel przybiera na sile dodajemy do inhalacji Berodual, a jak pojawia się charakterystyczny szczekający kaszel głównie nasilony w nocy wtedy wiem, że do czynienia mam z zapaleniem krtani i do inhalacji dodaję (na receptę)

  

2. Neosine cudowna buteleczka z cudownym płynem alternatywa przed antybiotykiem można ją brać max 10 dni jeśli objawy nie znikną trzeba zmienić leczenie na coś silniejszego. Przeciwwirusowa pokonała u nas je wielokrotnie nie dopuszczając do rozwinięcia się infekcji. Kiedy butelka się kończy biegnę po receptę do lekarz by mieć jej zapas w domu. (na receptę)


3. Pulneo syrop, albo krople na kaszel pomaga w odkrztuszaniu (bez recepty)


4. Sinecod krople. Suchy, męczący kaszel różnego pochodzenia. Hamowanie odruchu kaszlowego, szczególnie na noc by spokojnie ją przespać. (bez recepty)


5. Gdy gorączka do nas zawita w ruch idzie Bufenik, łatwa aplikacja strzykawką i dobry smak. Lulcia chętnie go łyka. Na noc podajmy czopki. (bez recepty)

6. Syropy:
wykrztuśne jak Flegamina, Mucosolvan  (bez recepty)
łagodzący objawy kaszlu: syrop prawoślazowy (bez recepty)
na noc by złagodzić odruchy silnego napadowego kaszlu Diphergan ( na receptę)



7. Aromatol ( konkurencja dla Amolu, tańszy) 5 kropelek na wodę. Smak ohydny Lulcia nie lubi tego brać, ale uratował nam życie nie raz, nie dwa, a więcej.(bez recepty)


8. Hot&Calm produkt z firmy mojego męża Over Cosmetics. Maść, gęsty krem jest kompozycją aromatycznych olejków, stosujemy go podczas kataru smarujemy nią pościel Lulci i dużo łatwiej jej się oddycha.(bez recepty)


9. Wracając do inhalacji kiedy kaszel jest męczący robimy inhalację domowe. Gotuję wodę dodaję ząbek czosnku i cebulę pokrojone chwilkę całość gotuję i pod kocykiem siadam z Lulcią ona rozebrana ja też i w tej parówce inhalacyjnej siedzimy z 10 min, a potem siup do łóżeczka. Domowym sposobem na przeziębienie, które włączamy w leczenie jest przed snem moczenie nóg w ciepłej wodzie z rozgniecioną gorczycą. Do tego syrop z cebuli (pokrojona cebula i na zmianę przesypywana cukrem, odstawiam w ciepłe miejsce i pijemy syropek), sok z malin i czerwonej porzeczki sam, albo dodany do herbaty, mleko z miodem i masłem, a podczas snu kiedy męczy nas katar układamy dużo wyżej poduszki, co by nie spływał do gardła i nie powodował kaszlu.

10. Do noska przy katarku stosujemy wodę morską w ciągu dnia, a na noc zapuszczamy kropelki do nosa Otrivin


I to by było na tyle z naszych must have niezbędników apteczkowych, które na stałe zagościły i sięgamy po nie w zależności co za objawy nam towarzyszom. Generalnie reakcję podejmuję bardzo szybko katar inhalacja, kaszel Neosina, by nie dopuścić do dalszego rozwinięcia choróbska. 

A Wy co stosujecie za lekarstwa, domowe sposoby leczenia ?

Artykuł nie jest w żaden sposób sponsorowany.

Szczypta o Mnie

poniedziałek, 5 maja 2014

Po majówkowo

Ostatni post był przed majówkowy dziś się z Wami witam w po majówkowym poście.
Wróciliśmy w sobotę ( pewna część z Was to zauważyła kiedy nadrabiała zaległości blogowe) niestety pogoda nas wygoniła do domu ziąb, chłód, deszcz, masakra. Ale zaczęłam od powrotu, a chyba powinnam od podróży. Podróż jak wiecie w pierwszą stronę podróżowaliśmy pociągiem. Pierwszy pociąg z podziałem na przedziały kierunek Warszawa czas podróży ponad 2 godziny, komfort jazdy na 6+ całą podróż mieliśmy przedział tylko dla siebie chyba widok brykającego dziecka zniechęcał się do tego by się do nas przysiąść, tak więc podróżowaliśmy w trzy osoby ja, Lulcia i syn mojego brata ciotecznego. Lulcia w pociągu wcinała kanapki, popijała herbatką, podziwiała widoki za oknem, co chwila zmieniała miejsce siedzące, a miała w czym wybierać, trochę skakała, biegała, generalnie bardzo jej się podobało. Na dworcu Warszawa Wschodnia czekałyśmy 30 min na przesiadkę na pociąg do Mrozów, a był to pociąg już linii podmiejskich, dodatkowo godziny szczytu i tak wszystkie miejsca zajęte, jednak znalazła się jedna sympatyczna Pani wśród tych wszystkich ludzi i ustąpiła nam miejsca. Tu już ewidentnie Lulcia była znudzona podróżą, która trwała ok godz, jednak daliśmy radę. Na dworcu w Mrozach odebrał nas tatuś, a tatuś rano wyjechał do pracy do Warszawy, czekała nas jeszcze krótka podróż na miejsce. Na miejscu u cioci Lulcia zawstydzona musiało trochę czasu upłynąć nim się przekonała do cioci, zaraz kazała się przebierać i od razu chciała do kóz, kur i psów.
I tak nam leniwie, słonecznie upływał weekend. Dzień zaczynaliśmy o 9 śniadaniem zupą mleczną na prawdziwym wiejskim mleku i świeżym powietrzu, w międzyczasie podjechał samochód z pieczywem więc pieczywo mieliśmy dostarczane pod drzwi domu, potem kawka w towarzystwie jakiej słodkości. Potem bieganie, latanie, skakanie, zabawy na świeżym powietrzu, spacery po okolicy, popołudniowa drzemka, z której korzystała też mama, a co. Obiadek oczywiście na świeżym powietrzu przygotowany w trybie ekspres bo zupy, kotlety zrobiłam wcześniej w domu, a po obiedzie kolejna porcja wrażeń, wyprawa na lody do sklepu marszu ok 2 km w jedną stronę. A wieczorowa porą ognisko, albo grillowanie. Ognisko na Lulci nie zrobiło wrażenia, dym szczypał w oczy i gorąco, grill lepiej przypadł jej do gustu i około 22 Lulcia maszerowała spać, a rodzice uzbrojeni w elektroniczną nianię siedzieli dalej do północy czasem dłużej przy wieczorno-nocnych pogaduchach w doborowym towarzystwie mojej siostry ciotecznej, kuzynów.
Oj potrzebne są takie resety z dala od miejskiego zgiełku, spalin, internetu, telewizji czy nawet telefonu, bo tam nawet trudno z zasięgiem, ba nawet czasu nie było na robienie zdjęć, aparat zapomniany, nie pstryknęliśmy na wsi ani jednego zdjęcia, jedyne zdjęcie to z podróży pociągiem, tylko my przyroda, głucha cisza i spokój. Baterie naładowane. A jak pogoda dopisała nie mogę narzekać, dopiero w piątek się ochłodził z 20 paru kresek temperatura spadła do 15 stopni, na szczęście nie padało, ale więcej czasu spędziliśmy w domu, a sobota niestety jeszcze gorsza ziąb taki, że głowa mała temperatura 7 stopni, wiatr i deszcze skutecznie nas wystraszyła spakowaliśmy się i po śniadaniu wróciliśmy do domu już autem bo kolega, który do nas dojechał wracał sam więc wszyscy się zabraliśmy.
I tak w sobotę po rozpakowaniu waliz, lodówka świeciła pustkami, sklepy zamknięte udaliśmy się na obiad do restauracji-naleśnikarni Manekin. Było pysznie, mega porcje za rozsądne pieniążki i własnym oczom nie wierzyłam, że nasz mały głodomor pochłonął gigant naleśnika ( z mięsem mielonym, czerwona fasolą, cebulą i sosem tysiąca wysp) sama dziwie się jak on jej się zmieścił w tym małym brzuszku, a porcję naprawdę były duże, rodzice dodatkowo prócz naleśników ( mama jadła naleśnika zapiekanego z serem strudel szpinakowy z corregio i pastą twarogową, a tata kurczak z kurkami) zamówili zupę krem z borowików w chlebie i krem z brokułów z grzankami, obżarliśmy się jak cholera.
A niedziela Lulcia obudziła się z kaszliskiem strasznym. Kierunek doraźna pomoc. Na szczęście osłuchowo czysta, gardło też ok, kaszel wynikiem kataru, syropek i krople dostała do nosa i na kaszel, lekarstwa dobrane idealnie bo już wieczorem była duża poprawa, zobaczymy jak się rozwinie sytuacja, mam nadzieję, że szybko zdusimy to wszystko w zarodku. A po południu wybraliśmy się do sklepu w celu uwaga zrobienia rozeznania zakupu nowego odkurzacza, stary nam się spalił i kupiliśmy. Odkurzacz bez workowy i workowy jednocześnie z turboszczotką, szczotką do parkietu i innymi. I wczoraj odbyło się próbne odkurzanie myślałam, że wciągnie nam dywan, rewelacje jednym słowem, bombastyczny sprzęt, i gołym okiem można zobaczyć ile syfu podczas jednego odkurzania gromadzi się w pojemniku, głowa mała.

I tak nam minęła majówka.
A Wam jak upłynął długi weekend majowy ?

Szczypta o Mnie